Kiedy niknie idea

Autor: Stasia Anielewicz, Gatunek: Proza, Dodano: 04 marca 2011, 10:47:00, Tagi:  remiks 2011

Autokar zatrzymał się przed hotelem w Bangkoku. Nikt nie miał już ochoty na organizowanie konferencji. Ludzie rozproszyli się w małych grupkach po mieście, niektórzy poszli zwiedzić świątynie, inni do burdelu. Bohater XY dla odmiany postanowił pójść. Dokąd? Zwyczajnie – przed siebie, tak jak to się zwykle robi, gdy pozwala się samemu sobie wsłuchać w swoje wnętrze. Zatem szwendał się po nieznanych uliczkach, nadal mając w głowie słowa swojej matki „Jedziesz do Azji? Zaszczep się na żółtaczkę, bo tam podobno wszyscy są żółci”. Niespodziewanie na jego drodze stanęła kobieta – niosła obrzydliwe, niepokojąco żółte kwiaty. Miała na sobie jaskrawoniebieski kardigan i kapelusz w kolorze słońca, a w ogóle to była Tajką, jak na mieszkankę Bangkoku przystało. Niewiasta XX spojrzała na bohatera XY swoimi niewinnymi oczami, które natychmiast pokochał jego wzrokocentryzm. Wiatr przeczesywał jej włosy, deszcz skraplał jej śniade ciało, pobudzając męską wyobraźnię. Niewiasta uśmiechnęła się, wręczyła bohaterowi kwiat, zostawiając kilka w koszyku, zapewne obdaruje nimi kolejnych napotkanych mężczyzn.

 

Zachwycony XY musiał koniecznie podzielić się swoim odkryciem z okolicznymi kurewkami i towarzyszami podróży. Wpadł do burdelu, otwierając kopem drzwi, jak gdyby wchodził do saloonu, ale nie, to nie był saloon, to był szanowany dom rozkoszy cielesnych. Bohatera XY przywitała rajfurka z kasą fiskalną w dupie. Zaraz za nim wszedł inny mężczyzna, który ucałował wonne miękkie miłe miodne melony jej zadu. „Tego podobno wymagają maniery w tych stronach” – tłumaczył później przyjaciel XY. Burdelmama zlustrowała XY, po czym odwróciła się na pięcie, zarzucając szerokimi biodrami i krzycząc na jednego ze stałych bywalców „Nie możesz tak płodzić dzieci po całym kraju! To moja najlepsza dama!” Z jednego pokoiku wyszedł usatysfakcjonowany uczestnik zorganizowanej wycieczki, zapinając rozporek. Opuszczając lokal, szepnął XY do ucha „Jestem w siódmym niebie, a nawet ósmym i dziewiątym, dopóki mogę mieć tą małą z tym jej cackiem między nogami, stary”, i odszedł. XY odpowiedział mu na to zaczepnie „A ja poznałem dzisiaj prawdziwą boginię. Już niedługo będzie na mnie czekać w czymś cielistego koloru, co osobiście zaprojektował dla niej sam Bóg!”.

 

XY opuścił burdel i ponownie spotkał niewiastę na swej drodze. Tym razem odezwał się (choć robi to zwykle w wigilię) „Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć”. Niewiasta XX uśmiechnęła się i tym razem wręczyła mu kamyk. Najpierw kwiat, teraz kamyk – z metaforami nie należy igrać. Miłość może się narodzić z jednej metafory.

 

Podczas jednej z pierwszych rozmów wyznała:

- Jestem wybredna. Gdy facet powie coś głupiego, skreślam od razu.

- Ja skreślam od razu po twarzy, tyłku i nogach, a te, trzeba przyznać, masz niesamowite jak na Azjatkę.

Skromna niewiasta natychmiast się zaczerwieniła.

- Przestań, nie rób tego, nic nie ujmuje kobiecie bardziej uroku niż popękane naczynka na twarzy.

Kiedy indziej rzekł „Nie marszcz się, nie będę się spotykał z kobietą o wyglądzie mojej matki”. Każdego razu przełykała te słowa, bo myślała, że żartuje.

 

Przez wiele kolejnych miesięcy nasi bohaterowie robili to, co się nazywa „miłość”. Do czasu. Pewnego dnia XX oświadczyła, że zostanie pisarką, w praktyce toby oznaczało mniej czasu dla niego, mniej upranych przepoconych skarpet i koszul, obiady na mieście, szorowanie toalety. „Myślałem sobie: dlaczego ona nie może zostać po prostu dziwką? Dlaczego musi jeszcze pisać?” – zwierzał się XY przyjacielowi przy browarze za 5,20. „Poza tym przygarnąłem ją jak psa. Jak psa. Psiajucha! – uderzył pięścią w stół – Zabrałem ją z tego brudnego Bangkoku do mojego cieplutkiego mieszkania, 84 metry kwadratowe, spłacony kredyt, wożę ją moim mercedesem z alufelgami, siedzenia w skórze, dlaczego więc mi to robi, niewdzięczna? Dlaczego do cholery chce jeszcze pisać?” – kontynuował, podpalając zielepastwo. Poza aspiracjami pisarskimi niewiasty XX obawiał się jeszcze tej specyficznej formy wdzięczności, która niepostrzeżenie zmienia się w przywiązanie. Ludzie wciąż jeszcze nie wiedzą, że w uczuciu wdzięczności jest piekielnie dużo nienawiści. Przyjaciel pokiwał głową, dając wyraz zrozumienia i oznajmił „Patrz, to jednak te Tajki to są przereklamowane. Mówią, że są posłuszne, a ta wyskakuje z pisaniem, chce się uniezależnić, a to babsztyl”. XY kiwał głową. Później przyjaciel zapytał, jak się poznali. „No więc ona mówiła, że wyszła tego dnia z bukietem żółtych kwiatów właśnie po to, bym ją wreszcie odnalazł. Jak mogę się teraz z tej romantycznej biegunki wyplątać?” Przyjaciel po chwili drapania głowy i rzucania zamyślonych spojrzeń w nieznane oznajmił „Związek jest jak izba. Każdy, kto wchodzi, wyobraża sobie, że jest pierwszym wchodzącym, podczas gdy jest ostatnim z poprzedzającej go serii, nawet jeśli jest pierwszym z następnej, każdy wyobraża sobie, że jest pierwszym, ostatnim, jedynym i wyłącznym, podczas gdy nie jest ani pierwszym, ani ostatnim, ani jedynym, ani wyłącznym w serii rozpoczętej w nieskończoności i powtarzającej się w nieskończoność”.

 

XY postanowił przerwać swoją niedolę. Posłuchał słów przyjaciela „Czy lepiej krzyczeć i przyspieszyć swój koniec? Czy milczeć i wykupić sobie w ten sposób powolniejsze umieranie?” Tuż przed wejściem do ich mieszkanka poprawił krawat i zebrał w sobie odwagę. Kiedy otworzył drzwi, czekała już na niego siedmiodaniowa kolacja, Hennessy X.O, 500 złotych za butelkę i serdeczny, szczery uśmiech niewiasty XX.

- Nie możemy być już razem – oznajmił chłodnym tonem, powiało od niego jak z Syberii.

- Tul mnie, poniżaj, lecz nie wykreślaj ze swojego kołonotatnika – błagała, płacząc na kolanach. To był pierwszy raz, gdy XX w tej klęczącej pozycji rozmawiała z XY.

- To skomplikowane – oznajmił, po czym nalał jej Hennessy X.O, 500 złotych za butelkę.

- Ach, jak nam miło czas upłynie przy whisky, piwie i przy winie! – krzyknęła, ocierając łzy.

- To jest koniak – odparł ze wzgardą.

Po kilku kwadransach jedyne, co XY wykrztusił z siebie, to „Boże, tak strasznie się urżnęłaś, nawet dusza śmierdzi ci koniakiem”.

 

Kiedy nazajutrz po wspólnie spędzonej nocy (pierwszy raz nie razem, ale obok siebie) ona oznajmiła mu, że go kocha, XY wpadł w furię. W jej ramach uprał sobie skarpetki, zauważając, że wcale to nie jest takie trudne. Mówiła, że go kocha jeszcze wiele razy tego dnia. Lecz to nie działa, bo kiedy Alma wyznaje Wittgensteinowi „kocham cię”, ten przeprowadza analizę składniową zdania i obala definicję każdego słowa. „Już najwyższy czas, żeby mnie zostawiono samego, samiutkiego jak palec w nosie” – oznajmił zrozpaczonej niewieście.

 

„I choć XY zasłużył na własnonożnego kopa w dupę, który by wywrócił go na lewą stronę jak rękawiczkę, obliże wszelkie rzekome rany jak pies, w razie potrzeby zawyje do księżyca, a zjawi się następna i następna” – szlochała nad kieliszkiem i maszynopisem niewiasta XX koleżance. „Miłość jest jak imperium – kiedy niknie idea, która je zrodziła, i ono musi się rozpaść. No cóż, dojrzałość – jeśli coś takiego istnieje – w ostatecznym sensie jest hipokryzją” – pocieszała koleżanka.

 

--------------------------------------------------

Mistrz i Małgorzata, Michaił Bułhakow

Piękni dwudziestoletni, Marek Hłasko

Gra w klasy, Julio Cortazar

Nieznośna lekkość bytu, Milan Kundera

Ulisses, James Joyce

Czysta anarchia, Woody Allen

W drodze, Jack Kerouack

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się